Łowcy Przygód: podstawa to ciekawa historia

04

Jak słusznie zauważa nasz rozmówca, za zakrętem dobrze znanej drogi czają się atrakcje, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. I je właśnie odkrywać chcą Łowcy Przygód. To także szansa dla branży, bo za przygodą kryć się może świetna oferta turystyczna. Poznajcie Łowców Przygód!

Łowcy Przygód właśnie ogłosili swoje realizacyjne plany. Postanowiłem więc przybliżyć Wam ich pomysł na siebie, spojrzenie na podróżowanie i możliwości współpracy z branżowcami. Na moje pytania odpowiada Marcin M. Drews, twórca ŁowcyPrzygód.TV.

Mówicie o sobie: pasjonaci turystyki niekonwencjonalnej. Co to znaczy? Jak to pojęcie rozumiecie?

Klasyczną turystykę postrzegamy jako wędrówkę utartymi szlakami od jednej do drugiej sztandarowej atrakcji. Jedziesz w Tatry, robisz zakupy na Krupówkach, asfaltową drogą docierasz do Morskiego Oka, ewentualnie w przypływie fantazji razem z tłumem innych osób wspinasz się na Giewont, na koniec wędrówki kupując pocztówki czy fotografując się z góralem przebranym za białego niedźwiedzia. Ten model nie zmienia się w Polsce od przeszło półwiecza.

Tymczasem okazuje się, że obok nas, często za zakrętem dobrze nam znanej drogi, czają się atrakcje, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia, bowiem sztampowe w swej treści przewodniki po prostu milczą. Oto najprostszy przykład…

Swego czasu byłem wokalistą w zespole rockowym. Sala prób mieściła się w zabytkowym kompleksie budynków w Lubinie na Dolnym Śląsku, gdzie na początku XX wieku stacjonował 4. regiment dragonów von Bredowa. Służył tam nie kto inny, tylko sam Lothar Freiherr von Richthofen, brat słynnego Czerwonego Barona, również lotnik i as myśliwski okresu I wojny światowej. Być może co dzień bywał w sali, którą przeszło 100 lat później wynajęliśmy na próby. Czy to nie fascynujące?

Odkrywanie takich właśnie smaczków, samodzielne do nich docieranie i weryfikacja zdobytej wiedzy w terenie – tym właśnie jest dla nas turystyka niekonwencjonalna. Urlop w górach to jeden z polskich sposobów na wypoczynek. Ale ile osób wie o tym, że na Dolnym Śląsku można zdobyć nie tylko Śnieżkę, ale też wspaniałe szczyty wygasłych wulkanów? Kto na własne oczy widział bazaltową różę na zboczu Wilkołaka, penetrował tajemnicze sztolnie Wielisławki, podziwiał górską panoramę z obrywu skalnego w Bardzie czy studiował doskonałe kształty neogotyckiego szpitala w Mokrzeszowie, skrywającego mroczną tajemnicę programu Lebensborn?

Łowcy Przygód

Jeśli odłożymy na chwilę kolorowe przewodniki zakupione na stacji benzynowej, a sięgniemy po niskonakładowe lokalne wydawnictwa czy stare mapy, których skany możemy oglądać za darmo w sieci, szybko przekonamy się, że w promieniu 50 kilometrów aż roi się od miejsc niezwykłych. Czasem to drobne atrakcje, czasem wielkie odkrycia, czasem niewyjaśnione do dziś tajemnice.

Wiele z tych miejsc można odwiedzać z rodziną, bowiem infrastruktura turystyczna jest bogatsza, niż się nam na co dzień wydaje. Wszyscy znamy nazwy głównych hoteli, często zapominając, iż możemy korzystać z coraz lepszej agroturystyki oferującej wysoki standard w niskich cenach. Warto o tym pamiętać, bowiem wiele osób turystykę niekonwencjonalną myli z tzw. surwiwalem, a przecież odkrywanie miejsc nam nieznanych nie musi oznaczać przeprawy przez pełne komarów i pijawek bagna.

A wszystko zaczęło się od interwencji w sprawie opuszczonej świątyni ewangelickiej na Dolnym Śląsku…

Sprawa Jędrzychowa była moją pierwszą dziennikarską przygodą. Tematem zająłem się na początku lat 90. Ten niezwykły obiekt, dawny zamek piastowski przebudowany w XVIII wieku na ewangelicki kościół, do dziś skrywa wiele tajemnic. Głównym problemem były tam zawsze grabieże zabytkowego mienia i profanacja spoczywających w kaplicy mumii. W 1994 roku udało mi się wywalczyć ekshumację i pochówek, jednak sam obiekt nie został do dziś wyremontowany…

Łowcy Przygód

Jędrzychów miał być tematem pierwszego odcinka Łowców Przygód lata temu. Realizacji wstępnie podjęła się w 2002 roku firma, która była pierwszym producentem „Sensacji XX wieku”. Niestety, wycofał się wówczas jeden z kluczowych sponsorów, więc mój pomysł trafił na górną półkę, gdzie przeleżał naprawdę długo. W końcu mój przyjaciel Mateusz Stan namówił mnie do kolejnego podejścia. Koncept był banalny – stworzymy cykl własnym sumptem, metoda bezbudżetową, nieco MacGyverowską, zamiast pieniędzy inwestując całą naszą kreatywność i, obrazowo mówiąc, konstruując helikopter ze spinacza i sznurówki.

Rok temu ruszyliśmy więc do Jędrzychowa. Nie mieliśmy pojęcia, że trafimy w sam środek złodziejskiego procederu. Niemalże na naszych oczach zdemontowano bowiem i wyniesiono zabytkową ambonę z przeznaczeniem na… opał! Nie tylko więc nakręciliśmy nasz pierwszy reportaż, ale i podjęliśmy szeroko zakrojoną interwencję, informując Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ogólnopolskie media, władze Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego czy przedstawicielstwo władz niemieckich w Polsce. Zmusiliśmy do działania policję i prokuraturę, przerywając chocholi taniec urzędników.

Dzięki temu w końcu wykonano pierwsze prace nad zabezpieczeniem obiektu, który następnie przejąć ma fundacja z pomysłem na jego zagospodarowanie. Konserwator zabytków zamierza też dokonać badań nieodkrytych do dziś pomieszczeń, których nie zwiedzał nikt od czasów II wojny światowej. Nie będę fałszywie skromny – uważam tę sprawę za pierwszy i zarazem niemały sukces Łowców Przygód. Nie zliczę też podziękowań, jakie drogą elektroniczną nadesłali do nas pasjonaci tajemnic i historii. Udało się nam zrobić coś z niczego. Nie dysponując nawet złotówką budżetu zainteresowaliśmy tematem cały kraj, zmusiliśmy urzędników do pracy i uratowaliśmy bezcenny obiekt dziedzictwa europejskiego. Punkt dla nas!

Zostaliście później przy Dolnym Śląsku, prezentując miejsca, które były inspiracją dla twórców gry „Zaginięcie Ethana Cartera”.

Twórca „Zaginięcia Ethana Cartera” to mój przyjaciel jeszcze z piaskownicy. Od początku więc przyglądałem się pracom nad grą i dość wcześnie dowiedziałem się, że autorzy będą szukać inspiracji w realnych miejscach, które mogłyby udawać amerykański stan Wisconsin. Wybór padł na Dolny Śląsk – krainę gór, wulkanów, zamków, pałaców, kamieniołomów, tajemniczych sztolni i zapomnianych obiektów kultury industrialnej.

Mocno wierzyliśmy w projekt i daliśmy temu wyraz, kręcąc reportaż „Śladami Ethana Cartera”, gdzie pokazaliśmy takie atrakcje, jak kamienna, łukowa zapora w Pilchowicach na rzece Bóbr – druga co do wielkości i druga co do powstania tama na terenie dzisiejszej Polski, oficjalnie otwarta w 1912 roku przez samego cesarza Wilhelma II. Przygotowaliśmy też tłumaczenia na angielski, niemiecki, francuski i rosyjski, oczywiście korzystając z bezinteresownej pomocy uniwersyteckich lingwistów.

Materiał nie tylko opublikowaliśmy w sieci, ale też przesłaliśmy za darmo przeszło 200 nadawcom kablowym w całej Polsce, co zapewniło nam wielką, choć szalenie trudną do zmierzenia oglądalność. Najbardziej dumni jednak byliśmy, gdy okazało się, że „Zaginięcie Ethana Cartera” uhonorowane zostało arcyprestiżową nagrodą BAFTA.

Oczywiście nie próbujemy przypisywać sobie tego sukcesu, ale cieszymy się ogromnie, bowiem kibicowaliśmy projektowi od samego początku, nagłośniliśmy źródła jego inspiracji i w ten sposób dołożyliśmy cegiełkę do rozwoju turystyki niekonwencjonalnej w Polsce. A co chyba tu najciekawsze, sami dzięki temu mogliśmy przeżyć wyjątkową przygodę, podążając śladami tytułowego bohatera. A za nami ścieżką tą kroczą nasi widzowie!

Od tego czasu dostajemy mnóstwo listów z propozycjami tematów. Wiedząc, że działamy społecznie, widzowie oferują nam darmowy nocleg, chcą pomóc w produkcji, oferują swój czas i energię. To nas buduje i zachęca do dalszych wysiłków, nawet jeśli nie stać nas jeszcze na podróże w drugi koniec kraju.

Właśnie ogłosiliście 17 propozycji najbliższych odcinków Waszych reportaży. Na czym polega ich specyfika? Jak będzie angażować swoich widzów przy tej okazji?

Fundamentem zawsze jest dla nas ciekawa historia i możliwość zaoferowania widzom wspólnej przygody. Każde z tych miejsc będą mogli bowiem odwiedzić sami – od podziemnego miasta Hitlera po demoniczny Wysoki Kamień, owiany tajemnicą szczyt w Górach Bardzkich, gdzie będziemy po raz drugi na specjalne życzenie naszych odbiorców, którzy postawili przed nami wyzwanie. Mamy tam bowiem spędzić noc, czego dotychczas odmawiał każdy turysta…

11

Większość z 17 zaproponowanych tematów dotyczy Dolnego Śląska, bowiem mieszkamy w jego centrum. Gwarantujemy jednak, iż każda historia będzie warta obejrzenia. Nie szukamy tematów na siłę. Nie musimy. Stałe wizyty w bibliotekach, lektura przedwojennych źródeł czy rozmowy z wiekowymi mieszkańcami dają nam tak niesamowity materiał do obróbki, że jedynym tworzywem, na którego brak możemy narzekać, jest czas. Ale, jak mawiają Anglicy, one step at the time. 

Z uwagi na duże zaangażowanie widzów postanowiliśmy oddać w ich ręce decyzję o kolejności planowanych odcinków. Głosować można na łamach naszego facebookowego profilu. Wśród osób biorących udział w zabawie rozlosujemy koszulki Łowców. Będzie to nasze drobne podziękowanie za wkład w cykl, za wsparcie i codzienne słowa uznania. Bez tego wszystkiego naprawdę nie dalibyśmy rady!

Przed nami też dwie zmiany, które mogą rozwinąć i ugruntować nasz cykl. Na dziś nie możemy jednak uchylić nawet rąbka tajemnicy poza faktem, że otrzymamy wsparcie liczących się nazwisk. Niezależnie jednak od tego, czy kwestie te potoczą się zgodnie z planem, Łowcy będą działać. Działać i współpracować z widzami!

Kładziecie nacisk na niekomercyjny charakter Waszych działań. Dlaczego? To w zasadzie świetny pomysł na biznes.

To kwestia dość złożona. Przede wszystkim wierzymy w świętą kolejność – najpierw wypracowujemy sobie markę, zdobywamy wiarygodność i rzeszę odbiorców, potem dopiero myślimy o monetyzacji. I uwaga – absolutnie nie interesuje nas zarabianie pieniędzy na widzach. Materiały Łowców są i pozostaną darmowe, niezależnie od tego, jakie nakłady poniesiemy w związku z produkcją.

01

Źródła monetyzacji dostrzegamy gdzie indziej – liczymy na wsparcie sponsorów, na mecenat osób czy instytucji, którym zależy na promowaniu polskiej infrastruktury turystycznej zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Dość powiedzieć, że takie formy turystyki niekonwencjonalnej jak tzw. urban exploring, już dziś ściągają do Polski mnóstwo pasjonatów z zagranicy. Nam dane już było zorganizować już trzy plenery dla fotografików z Holandii. Dostaliśmy tez komercyjne propozycje z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Nie chcemy jednak pracować jako przewodnicy wycieczek. Chcemy działać szerzej i wyznaczać turystyczne trendy.

Liczymy też na to, że z czasem odezwą się do nas firmy, których produktów używamy w trasie. Mamy swoje ulubione marki – krótkofalówki firmy X, ubrania firmy Y, plecaki fotograficzne firmy Z. Kupujemy wszystko to, na co nas stać, a co podwyższa komfort i bezpieczeństwo naszych przygód. Być może producenci z czasem to dostrzegą i zdecydują się nas wesprzeć.

Poważnie też myślimy o pozyskaniu dotacji unijnej – w czasie naszych podróży widzieliśmy już tyle dofinansowanych z UE turystycznych bubli, że nie mamy żadnych kompleksów i wiemy, że jesteśmy w stanie zaoferować znacznie więcej i na o wiele wyższym poziomie.

Póki co pracujemy etatowo, szukamy też alternatywnych źródeł dochodu, a wszystko to, by nie tylko utrzymać nasze rodziny, ale i móc inwestować w naszą pasję, którą zaraża się od nas coraz większa grupa odbiorców.

Czy myślicie, że jest jakieś pole, na którym moglibyście współpracować z branżą turystyczną?

Jak najbardziej! Kiedy realizujemy materiał dotyczący danej atrakcji turystycznej, nie chcemy, by nasi widzowie wyruszali potem w ciemno, dlatego zamierzamy informować ich uczciwie o możliwościach noclegowych i gastronomicznych.

Tajemnicą poliszynela jest też fakt, iż jestem miłośnikiem ryb (na rynku przez parę lat była moja książka o sushi) i ogromnym smakoszem pstrąga, więc tropię najlepsze smażalnie w całym kraju i chcę się dzielić także i tą wiedzą. Produkty regionalne, takie jak chociażby słynny karp milicki czy cydr z Trzebnicy, jak najbardziej wpasowują się w naszą ideę dobrej i smacznej przygody.

Wszystko to otwiera szerokie pole do współpracy. Dla przykładu, kiedy realizowaliśmy pierwszy materiał o Bardzie, okazało się, że ciężko tam znaleźć dobry nocleg. Krótko po premierze skontaktował się z nami jednak menedżer nowo budowanego SPA.

Po królewsku ugościł nas też właściciel podziemnego kompleksu Włodarz, dzięki czemu wiemy, że turyści mogą nie tylko zwiedzać tajemnicze podziemia, ale i spróbować doskonałego pstrąga z krystalicznie czystych wód górskich. To szalenie ważne – szczególnie gdy planujesz wypad rodzinny.

Chcemy też współpracować z jednostkami samorządu terytorialnego i pomagać im w promowaniu mniej znanych atrakcji turystycznych. Ale przede wszystkim chcemy, by Łowcy Przygód stali się marką – by to, że polecamy daną trakcję, było dla naszych widzów gwarancją jej jakości. Przy czym jakość ma tu znaczenie kluczowe. Nie zamierzamy się bowiem sprzedawać, tracąc wiarygodność wśród naszych widzów.


Marcin M. Drews – urodzony w 1975 roku w Lubinie. Dziennikarz, pisarz, scenarzysta, nauczyciel akademicki, specjalista ds. PR i nowych mediów. Od 1990 roku w branży dziennikarskiej. Współzałożyciel i wiceprezes Stowarzyszenia Twórców i Organizatorów Kultury. Autor kilku publikacji książkowych, scenariuszy do gier, wielu reportaży telewizyjnych i prasowych, opowiadań fantastycznych nagradzanych w ogólnopolskich konkursach literackich oraz kilku referatów naukowych. Członek Polskiego Towarzystwa Badania Gier. W branży gier od 1993 roku. Brał udział w tworzeniu pierwszej polskiej gry przygodowej na PC. Pasjonat sushi (popełnił nawet książkę na ten temat!) i zapalony urban explorer. Twórca internetowego cyklu reportaży ŁowcyPrzygód.TV.