Między zarobkiem a irytacją – szukając dobrej turystyki

sopot molo

Ostatnio pojawiło się wiele tekstów o negatywnym wpływie turystyki na Kraków. Co roku – zwłaszcza w sezonie wakacyjnym – można też natrafić na mnóstwo podobnych artykułów o Zakopanem. W pierwszym wypadku powodem dyskusji były wybory, w drugim tzw. sezon ogórkowy w mediach. Czy turyści to zło konieczne? A może zwyczajnie jesteśmy coraz bardziej nimi zirytowani? Jak z głową korzystać na masowej turystyce – dla dobra budżetu i bez straty dla mieszkańców?

W ślepym dążeniu do turystyki masowej

Najczęstsze przypadki niezadowolenia z obecnego stanu rozwoju turystyki docierają z dużych miast o dużym znaczeniu historycznym i kulturowym. Takie miasta zazwyczaj nie mówią jednym głosem, a w ich imieniu przemawia lokalny budżet. Sprzyja to powstawaniu nowych inwestycji, które mają przyciągnąć jak najróżnorodniejsze grupy turystów przez cały rok. Inwestycje lokowane są zazwyczaj wszędzie bez przewidywania konsekwencji, jakie mogą mieć na lokalny folklor i życie danej społeczności. W ten sposób zaburzona często zostaje oddolna inicjatywa, a miejsca codziennych spotkań mieszkańców ulegają przeobrażeniu i w końcu znikają. Autochtoni żyją w mieście o rozpoznawalnej i modnej marce, ale tylko nieliczni czerpią z tego zyski.

Mieszkańcy dużych miast przełomu XX i XXI wieku nie mieli zazwyczaj okazji doświadczyć zainteresowania swoją kulturą ze strony pierwszej fali turystów – inicjatorów, którzy byliby skłonni np. wykupić u nich nocleg i poznać się bliżej na nieformalnej stopie. Taką możliwość miały jeszcze małe nadmorskie miejscowości w Polsce, które dziś zmieniły się nie do poznania, a większość ich mieszkańców czerpie zyski z odwiedzających. Lokalna społeczność zdecydowała się podporządkować swój tryb życia tej gałęzi gospodarki. Przy obecnym poziomie cen i niskiej konkurencyjności Bałtyku względem mórz południowych nie powinno nam grozić przekroczenie norm pojemnościowych w miastach polskiego wybrzeża i wzrostu irytacji turystyką z ich strony. Głosy niezadowolenia mogą docierać co najwyżej z dzielnic przyłączanych do tych dawniej mniejszych miast, które mają mniejsze możliwości na czerpanie zysków z biznesu turystycznego, z racji dużej odległości do plaży.

Mieszkańcy dzisiejszych „zirytowanych” miast spotkali na swej drodze turystów pragnących odwiedzić tylko wszystkie cenne miejsca w ich mieście z aparatem w ręku, zazwyczaj bez poszanowania dla ich codziennego życia (widoczne zwłaszcza w miejscach sfery sacrum). Z popularnych niedogodności można wymienić wzrost cen, utrudnioną komunikację w mieście, ograniczony dostęp do usług gastronomiczno-rozrywkowych.

Rozwój turystyki zrównoważonej

Chcąc uniknąć natywnych skutków rozwoju turystyki w danym miejscu warto wiedzieć w jakim punkcie i na jakim etapie znajduje się ona obecnie. Sztandarowym polskim przykładem próby szerszego opisu, o którym pisaliśmy już w DT jest Poznański Barometr Turystyczny. Sytuacji Krakowa, Barcelony czy Wenecji nie poprawią przedwyborcze obietnice lokalnych polityków, jeśli samorządy nie zaczną współpracować ze środowiskiem naukowym. Przemyślane inwestycje pozwoliły przywrócić blask Kazimierzowi w Krakowie, z kolei inne pochopne mogą odebrać tereny zielone wokół Zakrzówka, o czym również wspominaliśmy w artykule o 7 Nowych Cudach Polski.

Jest też druga strona medalu: rewitalizacja Kazimierza sprowadziła do niego nowe lokale usługowe, które wyparły wcześniejsze, o czym z rozgoryczeniem wspomina pisarz i reżyser Sławomir Shuty w wywiadzie dla Krytyki Politycznej.

Tego procesu nie da się zatrzymać i on sprawia, że Kazimierz zmienia się w kolejny Rynek, kolejną makietę dla turystów. Pamiętam jak na Placu Nowym były dwie knajpy i panował fajny melancholijny klimacik. Pijesz sobie piwko, obok jakiś targ, gdzie coś sobie możesz kupić na straganie. Dziś Plac Nowy to Disneyland. Knajpa na knajpie, tłok, pełno ludzi drących mordy, wszędzie walają się zapiekanki niedojedzone, syf i malaria. Inny przykład, jak gentryfikacja może niefajnie działać, to ulica Józefa. Tam w pewnym momencie zaczęli mieszkać artyści, którzy prowadzili niewielkie galerie, warsztaty pracy. I ulica zrobiła się fajna i modna. Ale tam cały rząd kamienic należał do Kościoła. I Kościół to – nie wiem już sam – sprzedał czy podniósł czynsze, podnajął komuś, w każdym razie tych ludzi zaczęto stamtąd wyrzucać. I to nie jest fajne, bo oni robili cały klimat tej ulicy. Teraz zostaną tam tylko knajpy dla turystów. A knajpy dla turystów to nie miasto. Miasto polega na tym, że masz ludzi, z którymi żyjesz, robisz razem zakupy, siadasz w tej samej knajpie, gadasz na ulicy.

Jak więc pokierować turystyką masową, żeby nie eksploatowała kolejny „modnych”, rewitalizowanych miejsc?

Korzystnym trendem w polityce promocji turystyki jest próba rozciągnięcia ruchu turystycznego na cały region. W dobie weekendowych city breaks warto zachęcić turystów by zostali na dłużej w podmiejskim hotelu, zamiast robić robienia sobie tylko zdjęcia w najważniejszych miejscach centrum miasta zmagającego się z oblężeniem.

W wielu miastach do głosu dochodzą organizacje społeczne, które negocjują konsultacje pomiędzy samorządami, a mieszkańcami centrum i rewitalizowanych terenów. Dzięki temu nowe deptaki oraz całe dzielnice mają bardziej restrykcyjne wymagania co do profilu lokali, które mogą się tam otwierać oraz godzin ciszy nocnej i przepisów o zmniejszonym ruchu drogowym. Obie strony idą na ustępstwa. Tymczasem w Wenecji lokalny polityk proponuje 500 euro grzywny tym turystom, których kółka przy walizkach poprzez nieodpowiednią gumę lub plastik wydają zbyt głośny hałas. Postanowiłem zestawić ten przykład na koniec artykułu z inicjatywami z poznańskiej Śródki, gdzie na letnie „kino pod chmurką” zapraszani są zarówno lokalni mieszkańcy jak i odwiedzający.

Ratunkiem wydaje się być również wyobraźnia.