Komentarze: Filipiny i ich potencjał turystyczny

Filipiny1

Filipiny to przysłowiowy „drugi koniec świata”. Z wielu względów… Pewne jest jednak to, że każdy przedstawiciel branży turystycznej w Polsce byłby zaskoczony widząc to, co mi udało się dostrzec w tamtym rejonie.

Tak naprawdę to w podróży na Filipiny drogi jest tylko bilet lotniczy. Mnie kosztował około 2500 zł, ale leciałem z Rzymu, a wracałem do Paryża. Gdyby więc doliczyć koszty połączeń Katowice-Rzym i Paryż-Katowice to sam przelot kosztował już w granicach 3200 zł. Zapewne poza sezonem będzie to tańsze, ale nie zmienia to faktu, że jest to najdroższy składnik filipińskiej przygody.

Jeśli przełkniemy już wydatek na bilety lotnicze (z reguły z przesiadkami, na razie nie ma bezpośredniego połączenia z Polski do Manili), ceny na miejscu naprawdę zaskakują. Filipiny to kraj, w którym każdy Polak zarabiający najniższą średnią krajową mógłby się czuć bardzo swobodnie. Oczywiście trzeba wyjechać ze stolicy, żeby to mocniej odczuć. Ja przebywałem na wyspie Palawan w południowo-wschodniej części Filipin. Po przeliczeniu z filipińskich peso na PLN, ceny wyglądały następująco:

pożywny obiad w restauracji (np. owoce morza lub kurczak z ryżem i sałatką): od 10 do 17 zł,

  • 0,5l piwo lub woda w restauracji: 3,50 zł,
  • nocleg w hostelu: 50 zł,
  • nocleg w hotelu od osoby: od 70 zł do ??? (w bardzo luksusowych hotelach ok. 200 zł),
  • banan w cieście kupiony na ulicy: 0,60 zł (!),
  • wycieczka łódka po wyspach z lunchem od osoby: 35 zł,
  • kokos z drzewa: najczęściej za darmo – miejscowi widząc „białego” z przyjemnością go poczęstują…

Kiedy zbierałem te dane, jeden z Filipińczyków powiedział, że trafiłem na bardzo drogie ceny… W rzeczywistości, podane powyżej ceny obowiązywały mnie, czyli turystę. Różniły się znacznie od tych, które dostają Filipińczycy. W większości sklepów, a nawet w niektórych restauracjach nie ma tak zwanych „fix price” i trzeba o to zapytać sprzedawcę. Jeśli jest się Filipińczykiem to porcja kurczaka curry na ulicy kosztuje 3,5 zł, a jeśli jest się „białym” to ta sama kosztuje już 10 zł. Nie chcę nawet myśleć o tym jak bardzo różnią się ceny na ulicznych straganach, ale zapewne jest to spora różnica, zależnie od pochodzenia.

Filipiny2

W dwóch miejscowościach, w których przebywałem – El Nido i San Vicente – zaskoczył mnie olbrzymi potencjał turystyczny. Plaże są bajkowe – biały piasek, czysto, spokojnie, pod palmami, z turkusową, ciepłą wodą i… zupełnie puste. W San Vicente odwiedziliśmy plażę, która ciągnęła się przez 12 km (Long Beach San Vicente) i, możecie mi wierzyć lub nie, ale… byliśmy tam sami! Absolutnie sami! Na kilku pomniejszych wyspach wokół El Nido trudno było spotkać jakiegokolwiek białego człowieka. Czasami tylko pojawiali się Filipińczycy i z uśmiechem na twarzy obserwowali jak snorkujemy lub proponowali kokosa prosto z drzewa, nie chcąc nic w zamian.

Hoteli jest bardzo niewiele, a jeśli już, to z reguły małe i raczej o niskim standardzie. Miejsca na nowe budynki jest masa, siła robocza jest bardzo tania (Filipińczyk zarabia jakieś 150 peso dziennie, czyli około 10 zł brutto), policja jest przyjazna, a przepisy są przychylne dla rozwoju i tworzenia miejsc pracy. Jedynym większym problemem, który napotkałem jest to, że każda zarejestrowana firma powinna mieć w „składzie” rodowitego Filipińczyka. Trudno byłoby więc stworzyć hotel samodzielnie bez tamtejszego paszportu, ale to oczywiście da się rozwiązać na wiele różnych sposobów.

Nie raz więc przychodziło mi do głowy pytanie, czemu nie powstają tu hotele, skoro jest to prawdziwy raj na ziemi, ceny są dużo niższe niż w Europie, a potencjał tak olbrzymi. Cóż, Filipiny to chyba taki kraj. Miejscowi nie dbają za bardzo o swój wizerunek i wizerunek swoich Firm (budynków, witryny czy szyldu). Większość hotelików jest z zewnątrz dość obskurna, szyby są brudne, pokoje dość małe chociaż wewnątrz wygląda już w porządku. Wiele restauracji nie ma nawet swojego szyldu, więc nie wiadomo jak się nazywają. Personel jest niezwykle przyjazny i serdeczny, ale… mam pewne obawy czy europejski manager byłby w stanie zarządzać zespołem Filipińczyków.

Na Filipinach jako tako nie ma animacji czasu wolnego. Rozrywki wolnoczasowe koncentrują się tutaj na sportach wodnych, przy czym króluje snorking wokół przepięknych, dziewiczych wysp i nurkowanie na nietkniętej przez człowieka rafie. Co ciekawe, po raz pierwszy chyba w życiu czułem się na snorkowaniu ze sprzętem ABC jakbym był 5-7 metrów pod wodą z butlą. Piękne koralowce i kolorowe rybki są tutaj bowiem w wielu miejscach i wcale nie trzeba schodzić głęboko pod wodę.

Życie płynie tu wolniej. Ludzie rzadko mają zegarki na rękach. Po prostu pracują od świtu (kiedy obudzi ich kogut ganiający na co dzień po drodze), do zachodu słońca. Ci, którzy zajmują się turystyką pracują oczywiście dłużej. Wieczorami, kiedy jest odrobinę chłodniej, wszelkie restauracje, salony masażu czy kawiarenki na plaży są pełne. Miejscowi mają dość bezproblemowe podejście, podobnie jak na Jamajce czy w najcieplejszych miejscach Europy. Nawet psy (których jest tu masa na ulicach) są spokojne, przyjazne i prawie nigdy nie szczekają. Trudno się jednak dziwić – funkcjonowanie w temperaturze 35 stopni C na co dzień wyciąga już tyle energii, że każdy jej bezsensowny wydatek wpływa bezpośrednio na jakość życia.

Podsumowując, Filipiny są doskonałym miejscem na emeryturę. Nie tylko ze względu na ciepły klimat, niskie ceny i niezwykłą serdeczność miejscowych. Ważne jest także to, że angielski jest tu równoległym językiem urzędowym do filipińskiego. Nawet malutkie dzieci i osoby starsze, widząc mnie na ulicy witali się przyjaznym „How are you?”, w pięknym, zrozumiałym angielskim (była to przyjemna różnica po moim przylocie z Pekinu). Dla mnie ważne było także to, że Filipińczycy nie są nachalni i nie handlują tak, jak ma to miejsce np. w krajach arabskich. Oczywiście spotyka się miejscowych sprzedawców. Kiedy jednak proponują ci naszyjnik z pereł a ty odpowiadasz „no, thanks” od razu odchodzą i uśmiechają się do ciebie na pożegnanie. Ani razu nie spotkałem się z targowaniem ceny lub narzucaniem się ze strony miejscowych.

Istotne jest również to, że Filipińczycy są otwarci na Europejczyków i są bardzo przyjaźnie nastawieni. Podchodzą się przywitać, zapytać skąd jesteś, a przynajmniej machają i uśmiechają się serdecznie. Nic przy tym nie chcą, po prostu dla nich to atrakcja (szczególnie w San Vicente gdzie bardzo trudno dojechać bo praktycznie nie ma tam drogi dla samochodów, a podróż wodna jest uzależniona od wiatrów i dość długa). Niezapomniane są też owoce… Miękkie, soczyste mango z Filipin to coś co uzależnia, a smak świeżej papai (praktycznie nieznany w Polsce) jest delikatny, aksamitny i pełny. Uzależniłem się tam od mango-shake’ów i małych bananów karłowatych. W sam raz dla każdego, kto szuka spokoju, harmonii i miejsca na napisanie książki. Ja czuję, że wrócę tam na dłużej znacznie wcześniej niż przed ukończeniem wieku emerytalnego!

Autorem komentarza jest Jakub B. Bączek, ekspert animacji czasu wolnego, autor sześciu książek na ten temat, wyróżniony tytułem „Mecenasa Edukacji” (biuro@stageman.pl).

Komentarze to cykl artykułów, których autorami są Państwo – przedstawiciele branży, praktycy. Jeśli mają Państwo ochotę opublikować tekst na łamach Dziennika Turystycznego, prosimy o kontakt.