Były kiedyś takie czasy, gdy posiadanie telefonu komórkowego było nie lada szpanem. Kto mógł i chciał zaszpanować, przypinał go sobie do paska, jak pistolet w kaburze albo wieszał na szyi i tak udekorowany paradował po mieście. Przeraża mnie to wspomnienie. Dziś, czasami mam wrażenie, że podobnie jest z nawigacjami samochodowymi. Zaczynając od 20 letnich golfów, wszędzie widzę uchwyty na nawigacje poprzyczepiane do szyb ale najbardziej mnie rozbraja, widok jeżdżących wieczorami samochodów na lokalnych rejestracjach z włączonymi nawigacjami. W niebieskim blasku widać tylko zadowoloną twarz kierowcy.
Oczywiście, też mam takie ustrojstwo. Nie jest to nówka sztuka bo i używana rzadko, wiec nie było potrzeby wymiany. Właściwie to antyk – MIO350. Myślę jednak, że sukces tkwi w mapach a nie w samym urządzeniu.
Co do użyteczności, dość szybko zauważyłem, że tak naprawdę rzadko potrzebuję nawigacji, żeby dotrzeć do celu podróży. No może czasem, w dużych miastach albo żeby już na końcu znaleźć konkretną ulicę. Pewnie przez większość czasu leżałaby i się kurzyła gdzieś na półce, gdyby nie pewien przypadek, w czasie wyjazdu do Włoch trzy lata temu.
Byłem wiosną w okolicach Rawenny a że był to dość nudnawy wyjazd biznesowy, postanowiłem trochę pozwiedzać. Oczywiście zaopatrzony w nawigację, pewny siebie, wybrałem się w podróż. Nie pamiętam już co było celem podróży. Faktem jest, że w nawigacji, czego nie zauważyłem, zaznaczona była opcja trasy najkrótszej. Oczywiście pojechałem, nie sprawdzając którędy będę prowadzony. W tej podróży odkryłem, do czego może mi się przydać nawigacja.
Poprowadziła mnie takimi drogami, jakimi planując wyjazd na mapie, nigdy bym nie pojechał ale widoki jakie dane mi było zobaczyć, miasteczka jakie odwiedziłem i klimat prawdziwych Włoch jaki mogłem poczuć, przebija wszystko co przeżyłbym, jeżdżąc drogami krajowymi czy autostradami. Dość szybko zrozumiałem, że nie dojadę do celu. Nie zmieniłem jednak ustawień w nawigacji bo równie szybko, spodobała mi się taka jazda. Korzystając z nawigacji, w takim przypadku, ma się w miarę pewność że nie zabłądzimy. Jedyny mankament, to trzeba na taki wyjazd mieć dużo czasu. Drogi były kręte i często wąskie, zatrzymywałem się też co chwila bo nie mogłem odpuścić sobie pięknych wiosennych widoków. Powtórzyłem to później kilka razy i za każdym razem nie żałowałem. Wiem, że jest kilka warunków koniecznych, żeby takie podróżowanie było ciekawe. Po pierwsze, musi to być ciekawa okolica, po drugie, musimy mieć dużo czasu i po trzecie, często cierpliwość i mocne nerwy. Przygody bywają też czasem groźne, jak chociażby wybiegające skądś w czasie postoju, w górach na Krecie, watahy dzikich psów.
Uogólniając powiedziałbym, że takie zwiedzanie w stosunku do “standardowego” przejazdu, to jak porównanie podróży samochodem do lotu samolotem. W tym drugim przypadku widzimy tylko punkt A i punkt B. W tym pierwszym, możemy przeżyć i poznać znacznie więcej. Jeżeli będziecie mieli czas i ochotę to zachęcam do spróbowania, szczególnie sprawdza się to w terenach górzystych. Wystarczy chcieć “zgubić się” w ciekawej okolicy. I nie używajcie autostrad, są nudne.
Teraz bez nawigacji, nie ruszam się na żaden wyjazd. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda, żeby się ciekawie zgubić. Pamiętajcie tylko, żeby mieć aktualne mapy, szkoda byłoby coś ciekawego przegapić.
Autorem tekstu jest Marcin Narowski, twórca bloga OnTheGo.pl









{ 1 komentarz… przeczytaj go lub dodaj swój }
Prawda jest też taka że by coś zobaczyć naprawdę to trzeba nie jechac z biurem podróży do egiptu czy turcji na dwa tygodnie, ale wziąć plecak i na kilka tygodni minimum wybrać się przed siebie